„Nie ma chorób nieuleczalnych, są tylko niewłaściwie leczone”

Rozmowa z lekarzem pediatrą, homeopatką, ziołoterapeutką, nauczycielem hatha joga, specjalistką medycyny integracyjnej, dr Bożeną Ryczkowską.

Pochodzisz z oddanej ludziom, rodziny lekarskiej. Tata był ginekologiem – położnikiem, zajmującym się fizjologią i patofizjologią porodu. Wprowadził do medycyny oksytocynę, ułatwiającą poród i pracował jako ekspert dla WHO. Mama natomiast była, cenionym przez małych pacjentów, pediatrą. Ty także jesteś lekarzem – pediatrą, czy to znaczy, że ten wybór „wyssałaś z mlekiem matki”?

Bożena Ryczkowska: Rodzice nie naciskali na wybór mojego zawodu. A jeśli już – to raczej z … mlekiem ojca (śmiech). Rodzice dawali mi pełną swobodę, a z drugiej strony, duży nacisk kładli na rozwój horyzontów myślowych i zainteresowań humanistycznych. Ojciec, jako człowiek renesansu, bardzo dużo czytał, miał ogromną i wszechstronną wiedzę. Od maleńkości sam uczył mnie wszystkiego: historii sztuki, architektury, filozofii, erystyki i logiki. I życia….

Tata był dla Ciebie pierwszym i najważniejszym nauczycielem?

Najważniejszym, ale nie pierwszym. Pierwszym był dziadek i to On – jako pierwszy, mnie inspirował, np. opowieściami o kosmosie. A obok jeszcze wujek, który zamiast bajek, opowiadał mi libretta operowe. Ojciec, gdy byłam w szkole podstawowej, zajął się moim wychowaniem i edukacją. Pierwszymi moimi przewodnikami i nauczycielami byli mężczyźni.

Ukształtowali Cię mężczyźni. Jakie to miało przełożenie na Twoje wybory życiowe?

Tak, myślę, że „jestem wytworem męskim” (śmiech). Dzięki temu, stałam się kobietą samodzielną i samowystarczalną. Wsparcie ojca oznacza wysoką samoocenę, czyli nie mam lęków przed podejmowaniem nowych wyzwań, przed podnoszeniem poprzeczki, przed rozwojem, zmianą, stresem i weryfikacją. A za mała obecność w moim życiu mamy, skutkowała infantylizmem w zakresie postrzegania świata, w relacjach ze światem społecznym. Ilekroć byłam w grupie, zwykle proszono mnie o liderowanie i w tym się spełniałam, ale w grupie nie potrafiłam stworzyć i podtrzymać bliższych i intymnych relacji, zwłaszcza w kontaktach z rówieśnicami, a potem z kobietami. Mój świat, świat moich poszukiwań, był dla moich koleżanek nie interesujący, niedostępny i zamknięty. Moimi fascynacjami mogłam się podzielić jedynie z mężczyznami…

Czy to byli kochający i kochani mężczyźni?

Myślę, że tak. Miłość między mężczyzną i kobietą jest dla mnie sprawą fundamentalną. Kochałam i byłam kochana. Przeżyłam: i miłość i gorycz rozstania. Miałam niewiele związków, ale to nie znaczy, że od początku potrafiłam o nie dbać. Tej sztuki – bycia w związku z drugim człowiekiem, uczymy się całe życie. Nie rzadko, umieramy jako kiepscy adepci tej życiowej nauki, nieumiejętni i nie wprawieni w tej Sztuce….

O jakiej miłości mówisz?

Miłość jest tylko jedna; jest to poczucie spójności z drugim człowiekiem, jego duchem, ciałem i emocjami. Należy do tego dążyć przez całe życie, bo to uskrzydla i motywuje do działania, pozwala osiągać sukcesy życiowe i zawodowe. A życie i praca, jak i sztuka zresztą, jeśli nie wynikają z doświadczenia prawdziwej i głębokiej miłości, są toksyczne dla człowieka. Te, wypływające z uczucia i miłości, niosą za sobą głębię, przemieniają i uzdrawiają.

Czy tym właśnie kierujesz się w swojej pracy jako lekarz? Chorujemy naprawdę z braku miłości?

Kiedy zaczęłam pracować ze swoimi pacjentami prywatnie, poza placówkami uspołecznionej służby zdrowia, to zaczęłam – moją „służbę” i zawód oraz zjawisko chorowania, widzieć szerzej, a problemy zdrowotne, głębiej, niż dotychczas. Mam też w swojej praktyce indywidualnej dla swoich pacjentów – którzy zawsze są dla mnie niepowtarzalni i jedyni, znacznie więcej czasu i przestrzeni. Widzę jak myślenie, doświadczenia życiowe oraz sposoby odżywiania, wpływają wprost na ich psychikę, a ta, na zdrowie somatyczne. Moi pacjenci mają także bardzo zindywidualizowane schorzenia i dolegliwości somatyczne. Na temat ich życia prywatnego z nimi nie dyskutuję, ale staram się usłyszeć to, czego mi nie mówią. Bo to, o czym nie mówią, jest kluczem do ich terapii…i wyleczenia….

Otwierasz więc ich… milczeniem?

Nie, ja ich tylko słucham, wysłuchuje. Nie otwieram, bo nie z mojej strony to przychodzi.

Nie rozumiem…

Ja też do końca tego nie rozumiem, bo w chorowaniu i zdrowieniu, jak w samym życiu zresztą, tkwi niepojęta i nie pojmowalna przez nas, ludzi, Tajemnica. Po prostu, nie robię nic na siłę. A więc i nie otwieram, bo to byłaby jakaś forma przymusu i gwałtu. Pacjenci sami się z czasem otwierają. Najpierw dla siebie samych, potem dla mnie i innych. Ja staram się jedynie znaleźć emocje, które mogą powodować ich dolegliwości i próbuję poprzez zastosowanie leków homeopatycznych te zakłócające emocje zniwelować. Oczywiście, stosuję również leki skierowane przede wszystkim na terapię zaburzeń somatycznych, a więc mieszanki ziołowe, probiotyki i jeśli choroba tego wymaga, również preparaty farmakologiczne. To, czym się zajmuję, nazywa się medycyną integracyjną.

A czy od tego nie jest czasem psychoterapia i psychologia?

Powinna być, ale moim zdaniem – nie jest. W ogóle, leczenie, jakakolwiek terapia, powinna być stosowana komplementarnie, całościowo i wieloaspektowo, nie wąsko i specjalistycznie. I tak też psychoterapia powinna iść w parze, albo najlepiej tuż za, medycyną i diagnozą internistyczną…

Dziś medycyna idzie właśnie w kierunku wąskich specjalizacji. Jesteś anachroniczna. Idziesz pod prąd….

Niestety.. Ale nie przestanę marzyć, zmieniać i pracować w tym kierunku, by kiedyś w mojej pracy, w gabinecie, udało się stworzyć taki zespół, team medyczno-psychologiczny… Bardzo boleję, że medycyna i psychologia nie idą w parze, nie idą wspólną drogą. Moich pacjentów często nie stać na terapię psychologiczną. Czasami też na to nie ma już czasu i możliwości. Terapia lekowa oraz internistyczna powinny iść w parze z diagnozą i terapią psychologiczną, komplementarną. Ja redukuję efekt nierównowagi biologicznej, a psycholog powinien równoważyć emocje. Ma to podstawy naukowe. Trywializując, można powiedzieć, że człowiek działa na prąd, w ramach istniejącego pola elektromagnetycznego. Tak zwane cuda w medycynie dzieją się właśnie w ten sposób. Z tych prawideł korzystają najrozmaitsi uzdrowiciele, bioenergoterapeuci, szamani. Często nieświadomie. Medycyna, niestety wierzy wyłącznie w biochemię. Nie interesują ją procesy elektromagnetyczne ani wpływ emocji na nasze zdrowie. A najpierw jest przecież myśl i ona inicjuje wyładowania elektromagnetyczne, które możemy wykazać w zapisie EEG, EKG. Elektromagnetyzm jest ciągle przysłowiowym polem do popisu – tak dla lekarzy, jak i naukowców.

Jakie ta wiedza ma przełożenie na Twoją pracę? Co ma wspólnego z polem elektromagnetycznym hatha joga i ajurweda?

Bardzo wiele. Hatha joga, która jest narzędziem terapeutycznym ajurwedy, jest praktycznym zastosowaniem wiedzy o elektromagnetyzmie. W czasie pozycji jogi, czyli asan, zachodzi sprzężenie myśli z ruchem. Hindusi nazywają to uważnością. Angażujemy myśl do samoleczenia. Kierujemy swą uwagę w miejsce, które boli i jest niesprawne. Pracujące mięśnie wysyłają impulsy elektryczne o prawdziwie uzdrawiających własnościach. To jednak wymaga systematyczności i wysiłku. A wszyscy dziś szukają magicznej pigułki i drogi na skróty. A takich nie ma. Więc samoleczenie organizmu może być efektem uważnego i systematycznego wglądu w nasz organizm. Naszej własnej długotrwałej i uważnej pracy. Ktoś taki – jak ja, może jedynie swojego pacjenta zmotywować, zainspirować, pokierować i poprowadzić, przy stawianiu pierwszych, na tym polu, kroków. A później jest już nasz własny, samodzielny, systematyczny wysiłek, połączony z wiarą w słuszność tej drogi. I się udaje!

Co to znaczy leczyć dzieci? Dzieci są dla Ciebie szczególne?

Po prostu, lubię dzieci. Dzieci szybko i łatwą zdrowieją. Do okresu pokwitania nie mają aury psychosomatycznej. Gdy tylko lepiej się czują, to od razu widać poprawę, zdrowieją. Dorosły często, po incydencie gorączkowym, jeszcze przez kilka następnych dni „przeżywa” chorobę. Wytwarza mechanizmy emocjonalne, z którymi świadomie trzeba potem pracować. Choroba jest u nich somatycznym krzykiem duszy – pomóż mi, bo cierpię. Dzieci wszystko zaczynają po raz pierwszy. Często wobec tego, mają okazję szybciej, to chorowanie po raz ostatni – zarazem pierwszy – zakończyć. Dorośli są a priori, dzieci leczą się często bez założeń, jak „tabula rasa”: od początku do końca. Resetują zupełnie. Dorośli, by to zrobić, ponownie muszą uwierzyć, że potrafią, że to możliwe, że ich życie, zależy od rekonfiguracji tych nabytych mechanizmów emocjonalnych. A poza tym, dzieci są piękne i uwielbiają się bawić z moimi psami i kotami. A co jest chyba najważniejsze – nie boją się mnie.

Co sądzisz o wcześniejszym posyłaniu dzieci do szkoły?

Nie, nie ma to żadnego uzasadnienia. Jest to niezgodne z zegarem biologicznym człowieka i rozwojem dziecka. Układ immunologiczny dziecka dopiero w wieku 7. lat jest wystarczająco dojrzały, by sprostać odporowi infekcji i wtedy stają się one mniej skłonne do chorób. O co więc tu chodzi, nie wiem.. Pewno o pieniądze. I pewno o to, by wcześniej człowiek zaczął pracować i odprowadzać podatki. W ten sposób postrzegam też absurd posyłania do przedszkoli. Dzieci lepiej się rozwijają w otoczeniu domu rodzinnego i z mamą. Żłobki i przedszkola z punktu widzenia rozwoju dziecka są złem. Myślę, że to celowa polityka odrodzinniania społeczeństw, która przyszła chyba ze świata korporacji, poszukujących i potrzebujących sterowalnych ludzi. A tymi, posiadającymi korzenie i odniesienia rodzinne i społeczne, trudniej się manipuluje.

Czy jako dziecko często chorowałaś?

Mało chorowałam, ale bardzo bałam się dentysty. Poza tym, nie chodziłam do lekarza, bo mama była lekarzem – w dodatku, pediatrą (śmiech)…. A mamy się nie bałam.. W rodzinach rozsądnych lekarzy, dzieci nie chorują, bo nikt nie robi wokół chorującego dziecka i jego dolegliwości, ołtarzy. Choroba jest stanem przejściowym do zdrowia, a nie – jak często dziś bywa – stanem wyjściowym i utrwalanym. Często wszak nawet się tak usprawiedliwiamy: „no, przecież jestem chory”. A moja mama miała bardzo skuteczną receptę: „od pasa w górę sok malinowy, od pasa w dół jagodowy”. I skutkowała, zawsze! Wobec tego, w tamtych czasach, nie było tak rozwiniętej dysbiozy i alergii. A dziś niemal 70. procent dzieci ma objawy alergii.

Skąd ta alergia?

Jest to choroba w dużej części jatrogenna, czyli „odlekarska”. Głównymi przyczynami są alergolodzy, bardzo duży dostęp do doświadczeń medycznych i nadużywanie leków…. oraz odejście od karmienia piersią. Kolejnym ważnym powodem rozwoju alergii jest niewłaściwe odżywianie i nie tylko dziecka, ale również mam w czasie ciąży. Dziecko rodzi się z teoretyczną podatnością na alergię. Chodzi o taką genetyczną konfigurację nabłonka wyściełającego jelita, że stwarza ona dobre warunki bakteriom fakultatywnie chorobotwórczym do namnażania się. Bakterie fakultatywnie chorobotwórcze, to takie mikroorganizmy, które tworzą niewielki odsetek naturalnej flory jelit, jednakże jeśli ich ilość wzrośnie stają się przyczyną rozmaitych dolegliwości. Jedną z nich jest alergia. Zjawisko to nazywamy dysbiozą jelit i jest ono „matką” wszystkich przewlekłych i przewlekle nawracających, chorób. W dysbiotycznym jelicie namnażają się nie tylko bakterie fakultatywnie patogenne, ale również grzyby Candida. Dziecko rodzi się sterylne, w jego jelicie nie ma bakterii. Kolonizacja jelit rozpoczyna się i trwa przez cały okres karmienia piersią, więc jeśli matka cierpi na alergię, to flora, którą przekazuje z mlekiem jest dysbiotyczna. Dziecko reaguje na wytworzoną w ten sposób w jego jelicie dysbiozę objawami alergii. Najczęściej jest to atopia, czyli wyprysk. Ale zamiast leczenia farmakologicznego i odstawienia od piersi dziecka, powinno się dać mamie probiotyk. W związku z tym, karmienie sztuczne, potem już tylko sytuację pogarsza i komplikuje. Dzieci najczęściej chorują wtedy na zapalenie oskrzeli. A u dorosłych, taka dysbioza pojawia się, gdy zaczynamy się leczyć farmakologicznie, lub zażywać antykoncepcję. Każdy lek, stosowany przewlekle, daje dysbiozę, czyli zmienia florę jelit na nieprawidłową. Chodzi zwłaszcza o antybiotyki, cytostatyki i środki antykoncepcyjne.

To znaczy, że bezpieczniejsze byłoby, gdyby kobieta zabezpieczała się naturalnie czy stosowała spiralę?

Uważam, że jeśli kobieta żyje spokojnie i zna swój organizm, może sama rozpoznawać u siebie cykle menstruacyjne, i uchwycić czas, w którym może się bezpiecznie kochać…My strasznie fetyszyzujemy płodność. Po 35. roku życia nie każdy cykl niesie ze sobą owulację. Dziś problemem jest raczej bezpłodność i to, że ludzie nie potrafią stworzyć trwałych związków i zaspokoić fundamentalnej potrzeby każdego człowieka, jaką jest potrzeba miłości. Poza tym, dlaczego to kobieta ma się zabezpieczać i dbać o to. Leki antykoncepcyjne mają wiele istotnych dla zdrowia objawów ubocznych, a dodatkowo długo zażywane, zwłaszcza u kobiet, które nie rodziły mogą doprowadzić do wtórnej niepłodności. To przede wszystkim mężczyzna powinien się zabezpieczać, bo w jego przypadku jest to dużo prostsze i nie szkodzi jego zdrowiu !

Prowadzisz otwarty dom, pełno w nim zwierząt, ludzi, książek, pamiątek z podróży i pracy w Afryce, akcesoriów do jogi i drobiazgów, nie gubisz się w tym chaosie? I jeszcze Twój gabinet, zajęcia z hatha jogi, treningi terapeutyczne i lecznicze na Mazurach, stowarzyszenie, niepełnoletni syn, Jasio…. To nie za dużo jak na jedną kobietę?

Po pierwsze, nie widzę w tym chaosu. Człowiek zawsze – czy chce, czy nie, działa na kilku płaszczyznach. Jeśli chcesz leczyć ludzi, musisz widzieć więcej i ogarniać więcej. Stąd moje wszechstronne zainteresowania, także medycyną naturalną. Ale w porównaniu z innymi nie czuję się jakoś bardziej zajęta. Poza tym, to wrażenie może wynikać stąd, że nie jestem zbyt obowiązkowa. Generalnie myślę, że mam dużo czasu. Z reguły, więcej …. niż mam (śmiech). Ale myślę wtedy, że tak właśnie ma być! Czas, mój czas wolny, pozwala mi usiąść i pomyśleć, a bez przebłysków ciszy, pauzy, milczenia i głębokiego oddechu, nie istnieję…

Do czego Cię inspirują nowinki naukowe?

Do tego, by przełożyć je na język fizjologii człowieka, a potem na język patofizjologii. Ale by to zrobić, muszę właśnie pomyśleć, usiąść, odpocząć, zresetować umysł i ciało, by przełożyć uniwersalne założenia, na współczesne problemy medyczne. Podobnie zaczynałam swoją przygodę z medycyną chińską. Wtedy co prawda miałam taras i drewniany dom…. To chyba papież powiedział: „Zatrzymajcie się! To ma sens”. To także mówię swoim pacjentom. Że być może o to chodzi, by się zatrzymać i zobaczyć, czego może dotyczyć nasze schorzenie somatyczne. Bo na pewno u źródeł leży jakaś nasza myśl i uczucie….

Czy ma to coś wspólnego z teorią trzech doszy?

Teoria trzech doszy jest częścią ajurwedy, czyli tradycyjnej medycyny indyjskiej. Choć liczy sobie kilka tysięcy lat w sposób niezwykle przejrzysty i nowoczesny pokazuje związek naszej osobowości z predyspozycją do określonych dolegliwości fizycznych. Jest to najbardziej logiczna i klarowna teoria psychosomatyki. Zakłada ona, że w każdym z nas istnieją, wyrażone w rozmaitym procencie, trzy podstawowe typy osobowości. Jeżeli są one w równowadze cieszymy się znakomitym zdrowiem i posiadamy ogromne możliwości samorealizacji intelektualnej. Jeżeli zaś równowaga ta jest zakłócona, tzn. jedna z dosz dominuje, wówczas zaczynamy chorować i cierpieć na określone problemy emocjonalne. Odbija się to również na efektywności w pracy i harmonii w związkach. Leczenie ma na celu przywrócenie równowagi, lub przynajmniej spłycenie powstałych zakłóceń. Opiera się ono na właściwym żywieniu, odpowiednich mieszankach ziołowych i praktyce asan wg hatha joga. Efekty terapeutyczne pojawiają się naprawdę szybko i są zaskakująco trwałe. Z praktycznym zastosowaniem teorii trzech dosz będzie można spotkać się na proponowanych przeze mnie i Akademię Świadomego Leczenia warsztatach terapeutycznych w Skomacku Wielkim na Mazurach Garbatych.

Co sądzisz – jako lekarz i kobieta, o aborcji?

Aborcja zawsze jest dla kobiecego organizmu i psychiki, traumą, nawet jak sobie tego kobiety nie uświadamiają,. Wiem jednak, że jest dziś moda na usprawiedliwianie aborcji, jednak myślę, że nie jest ona kierowana do kobiet świadomych duchowo. Gdy dochodzi do niechcianej ciąży, obowiązkiem lekarza jest poinformowanie kobiety o zagrożeniach i konsekwencjach przerwania ciąży. Smuci mnie też niewielkie zaangażowanie w te kwestie psychologów i psychoterapeutów. Kobiety często godzą się na aborcję pod presją lęków i najbliższej rodziny, bez świadomości skutków tego zabiegu dla ich psychiki i zdrowia. Jeśli kobieta decyduje się na ten krok, to według mnie cierpi na depresję, a ta wymaga interwencji psychologicznej i psychoterapii. Oczywiście, każdy odgórny zakaz rodzi podziemie, ale z drugiej strony, całkowita legalizacja aborcji doprowadzić może do zjawiska aborcji na życzenie, tak jak to miało miejsce w czasach PRL-u. Mam nadzieję, że taka sytuacja nigdy więcej w historii ludzkości się już nie powtórzy. Według mnie trzeba podjąć szeroko zakrojoną akcję uświadamiania, czym jest dla kobiety ciąża i macierzyństwo, odpowiedzialność za rodzinę i rola, jaką w tej rodzinie powinna pełnić. Rodzicielstwo nie było nigdy i nie będzie „uni-sex”, jak się teraz próbuje młodzieży wmawiać. Należy podkreślać, że kobieta jest matką już od samego poczęcia, a nie dopiero po porodzie. Widzę tu ogromne pole do działania dla instytucji kościelnych i społecznych. Potrzebna jest rozsądna akcja społeczno-medialna i edukacyjna na temat świadomego macierzyństwa. Ale bez ideologizacji. Rodzicielstwo i macierzyństwo są dziś bardzo ważnymi kwestiami i moja fundacja będzie o tym mówić. Mam nadzieję, że takich akcji będzie coraz więcej. Bez zmiany świadomości, nie uzdrowimy społeczeństwa.

Jesteś lekarzem, gruntowanie i akademicko wykształconym. Przez 17.lat pracowałaś w szpitalu, wiele lat w przychodni. Dziś rozwijasz swoją indywidualną praktykę, polecając alternatywne metody leczenia – żywienie, probiotyki, mieszanki ziołowe, homeopatię, oraz hatha jogę. Co spowodowało taką zmianę – to przejście od medycyny konwencjonalnej i farmakologicznej do medycyny integracyjnej, naturalnej?

Poszukiwanie skutecznych i zdrowych, metod leczenia. Farmakoterapia jest niezastąpiona w stanach zagrożenia życia, za to w leczeniu chorób przewlekłych i utrwalaniu remisji choroby jest nieskuteczna. Moja przygoda z medycyną naturalną zaczęła się kilkanaście lat temu od udziału w sesjach hatha jogi, której zajęcia odbywały się niedaleko mojego domu na Powiślu. Wtedy szkołę hatha jogi, prowadził Sławomir Bubicz. Ze zdumieniem zaobserwowałam, że te ćwiczenia ruchowe, wpływają korzystnie na moją psychikę i kondycję. Przez przypadek do mojego Centrum Zdrowia Dziecka przyszła też wtedy propozycja udziału w szkoleniach z homeopatii. Skorzystałam i zaczęłam ją stosować wśród moich prywatnych pacjentów, zauważając, że i to przynosi rezultaty. Wtedy też pojawiła się we mnie potrzeba poznania nowych, alternatywnych sposobów leczenia. Interesowała mnie farmakognozja, której brakuje na studiach lekarskich. Zaczęłam się jej uczyć samodzielnie i opracowałam własne receptury mieszanek ziołowych. Potem zapisałam się do Centrum Akupunktury im. prof. Garnuszewicza na Płockiej w Warszawie. Odkryłam tradycyjną chińską medycynę, następnie ajurwedę. Rozpoczęłam własną naukę, studiowanie i tłumaczenie źródeł, zwłaszcza anglojęzycznych… I tak powoli wypracowałam własny system leczenia, w końcu zrezygnowałam z pracy asystenta na Oddziale Nefrologii Centrum Zdrowia Dziecka i skupiłam się na mojej prywatnej praktyce lekarskiej. To nie jest tak, że ja w ogóle się nie podpieram farmakologią, jak trzeba też ją stosuję, bo nie w każdym przypadku bezpiecznie można ją zastąpić lekiem naturalnym. Ale stosuję ją tylko wówczas, gdy jest to bezwględnie konieczne i nie przepisuję leków „do końca życia”. Pamiętajmy, że znakomita większość leków to trucizny, zażywane w bardzo niewielkich ilościach. Jeżeli przekroczymy dopuszczalną dawkę, pojawią się groźne objawy zatrucia. Jednakże nawet dawki terapeutyczne zażywane przewlekle kumulują się i dają rozmaite niepożądane objawy uboczne. Dodatkowo wszystkie leki działają dysbiotycznie, co wiąże się z rozwojem kolejnych dolegliwości. Należy też wiedzieć, że nasz organizm, broniąc się przed szkodliwością leków, uczy się szybko je detoksykować. W wyniku tego procesu nazywanego zjawiskiem tachyfilaksji wiele leków pozbawianych jest skuteczności terapeutycznej, a ich przewlekłe stosowanie generuje jedynie niekorzystne objawy uboczne. Ja przyjmuję zasadę, że nie ma chorób nieuleczalnych, są tylko, źle leczone. Medycyna staje się sztuką, jeżeli leczymy człowieka, a nie wyodrębniony objaw w określonej tkance. Izolowana farmakoterapia czyni z medycyny niebezpieczne rzemiosło. Świetnie sprawdza się doraźnie w stanach zagrożenia życia, ale nie nadaje się do stosowania przewlekłego i dlatego tak wiele chorób nosi dzisiaj etykietę nieuleczalnych.

Zaczynałaś swoją pracę zawodową jako dziennikarka…

Tak, pierwsze pieniądze zarobiłam jako dziennikarka. To się właściwie zdarzyło przez przypadek. Miałam zawsze łatwość wypowiadania się i fotografowania. A ta przygoda zaczęła się, gdy studiowałam na Uniwersytecie w Nairobi w Kenii studiowałam 4 rok medycyny. W trakcie nauki social health badaliśmy stopień niedożywienia dzieci w jednej z wiosek i przeprowadzaliśmy akcję oświatową. Wtedy głównym problemem była również duża umieralność okołoporodowa. Powodem był, wynikający z niedożywienia, niski wzrost ciężarnych. Wówczas poród siłami natury nie jest możliwy, bo płód jest relatywnie za duży, co określamy mianem niestosunku porodowego. Jedynym wyjściem jest szybkie wykonanie cesarskiego cięcia. Dlatego razem z koleżanką, postanowiłyśmy przeprowadzić akcję edukacyjną. Chodziło o nauczenie miejscowych akuszerek przewidywania, które z ciężarnych nie mogą rodzić w wiosce, ale wyłącznie w szpitalu od którego dzieliła je odległość 20 km. Nie muszę dodawać, że nikt z mieszkańców wioski nie posiadał szybszego, niż rower, środka transportu. Po powrocie do Polski publikowałam moje wspomnienia i zdjęcia w formie reportaży w tygodniku Czas. Później zaczęłam współpracować z prasą studencką, tygodnikiem Razem.

Wróćmy do pacjentów… Powiedzmy, że przychodzę do Ciebie i mówię, że mam astmę i przewlekle stosuję wziewne sterydy. Co radzisz?

Po dokładnym zbadaniu i osłuchaniu zaproponowałabym ci leczenie oparte na mieszankach ziołowych, probiotykoterapii, lekach homeopatycznych i wybranych asanach, tak żebyś szybko mogła się uwolnić od konieczności stosowania wziewnej kortykoterapii. Ważnym elementem zaleceń byłoby także właściwe odżywianie.

Co to za mieszanki?

Opracowałam zestaw 13. mieszanek ziołowych. Niektóre z nich stosuję pojedynczo, a niektóre mieszam. W aktywnej astmie oskrzelowej stosuję mieszankę nr 1+8 która ma działanie przeciwzapalne i leczące nabłonek dróg oddechowych. W mieszance nr .1+8 jest 27 polskich ziół. Wbrew utartym opiniom odwary ziołowe powinny być indywidualnie dostosowane do naszego smaku. Jeżeli nam smakują, to ich działanie jest dużo silniejsze. Obrzydliwie gorzkie odwary powstają na ogół ze źle skomponowanych mieszanek ziołowych. Przyrządzamy je zalewając litrem zimnej wody i dodajemy (lub nie – w zależności od upodobań smakowych) ulubione, świeże lub mrożone owoce. Następnie gotujemy po prosu kompot z ziołami, który po zagotowaniu ogrzewamy na tzw. wolnym ogniu przez kilka minut. Potem przykrywamy pokrywką i pozostawiamy w cieple na kolejne 10 minut. Tak przygotowany odwar odcedzamy i ewentualnie dosładzamy do smaku miodem, albo brązowym cukrem. Jeżeli odwar wydaje się nam zbyt gorzki, to dodatkowo zakwaszamy sokiem z cytryny i ponownie dosładzamy. Pijemy ciepły, lub w temperaturze pokojowej, w kilku porcjach w ciągu dnia. Można przygotować od razu porcję na dwa dni, ponieważ zioła chronią nasz kompot przed szybką fermentacją. Pijemy je tak długo, jak długo nam smakują. O przerwaniu leczenia ziołami zadecyduje nasz organizm sam. Po całkowitym ustąpieniu dolegliwości astmatycznych i regeneracji nabłonka dróg oddechowych zioła te po prostu przestaną nam smakować.

Czy dziś z pracy własnego gabinetu medycyny naturalnej można się utrzymać?

Z trudem. Spotkanie diagnostyczne z pacjentem to czasami godzina, dwie. Więc ja dziennie nie jestem w stanie przyjąć więcej niż 5. pacjentów. Ale jest to twórczy sposób uprawiania mojej pasji i nie mam powodu, póki co, by chcieć, go zmienić. Nawet jeśli czasami nie uda mi się opłacić rachunku za prąd czy telefon…

Jesteś samoukiem, praktykujesz jogę i używasz jej w swoim lecznictwie, od lat. Figury i zdrowia – Tobie, 58-latce – mogłaby pozazdrościć niejedna trzydziestolatka. W czym jeszcze – poza kondycją – pomagają pozycje jogi, czyli asany?

Obserwowany współcześnie renesans hatha joga, wynika właśnie z jej ogromnych możliwości terapeutycznych, tym bardziej, że ćwiczyć może każdy, a w niektórych schorzeniach, takich jak – osteoporoza, przewlekłe bóle kręgosłupa i stawów – w ogóle nie można jej niczym innym zastąpić. W czasie ćwiczeń hatha joga poprawia się przepływ krwi w dotkniętych schorzeniem okolicach, co powoduje lepsze odżywienie chorych tkanek, szybką eliminację toksyn i zmian zapalnych. W miarę rozciągania okolicy kręgosłupa, wraca do normy uwodnienie i elastyczność krążków między kręgowych, czego wyrazem jest powolne „wzrastanie”, czyli powracanie do wysokości ciała osiągniętej w okresie dojrzałości. Ćwiczenia te wpływają regulująco na aktywność rozlokowanych wzdłuż kręgosłupa skupisk komórek nerwowego układu wegetatywnego. W ten sposób, na zasadzie tzw. odruchów skórno trzewnych, można leczyć rozmaite dolegliwości narządów wewnętrznych, gruczołów wydzielających hormony, takich jak tarczyca, jajniki, trzustka, można także przywracać prawidłowe trawienie i perystaltykę. Niezależnie od momentu rozpoczęcia ćwiczeń szybko daje się zauważyć ich „magicznie” odmładzający efekt. Zmniejszają się zmarszczki mimiczne, znika cellulitis, a wszystko to za sprawą niezwykłego efektu poprawy odżywienia i krążenia w skórze i tkance podskórnej.

Jesteś wegetarianką. Jak to się u Ciebie stało? Czy to trudne – być w naszym polskim społeczeństwie wegetarianinem?

Ja zostałam wegetarianką z powodów poglądów. Byłam i jestem przeciwko masowemu zabijaniu zwierząt. Dodatkowo stres, który przeżywa zwierzę podczas zabijania, zmienia niekorzystnie dla człowieka skład mięsa. Najbardziej toksyczne ze względu na karmę i chów – jest mięso drobiowe – kurczaki, indyki – i wieprzowina. . Ale najbardziej szkodliwe są wędliny, ze względu na proces produkcji. Po więcej informacji odsyłam na stronę: www.medycyna-integracyjna.pl pod nazwą „Mięso w naszej diecie”. W naszym kraju łatwo być wegetarianinem. Mamy w Polsce rozmaitość warzyw, kasz i przypraw z całego świata. Wegetarianizm nie jest konieczny dla zdrowia, ale ułatwia zdrowienie, zwłaszcza w chorobach przewlekłych. Odwoływanie się do tradycji w jedzeniu mięsa nie ma dziś sensu. Kiedyś, gdy przebywaliśmy dużo czasu poza domem, było zimno i pracowaliśmy fizycznie, jedzenie mięsa było niemal konieczne, bo dostarczało niezbędnych do przetrwania kalorii. Dziś, kiedy przebywamy w stałej temperaturze ok. 20 stopni, mamy ograniczoną aktywność fizyczną, mięso prowadzi do rozwoju otyłości, która nie leczona jest chorobą śmiertelną. Patrząc na dzieci moich pacjentów, wegetarian, muszę stwierdzić, że są zdrowsze, żywsze, mają czystą skórę, bo nie cierpią z powodu alergii i bardzo prawidłowo się rozwijają. A jeśli obawiamy się niedoboru aminokwasów egzogennych wystarczy zjeść jedno jajko ekologiczne dziennie i problem znika. Można też nauczyć się przyrządzać potrawy z fasoli i grochu, ponieważ rośliny te zawierają dużo bardzo wartościowych białek , które w połączeniu z kaszą lub ryżem dostarczają nam potrzebnego kompletu aminokwasów. Jeśli chodzi o ryby, trzeba wiedzieć, co się je. Niektóre ryby, hodowlane nie są zdrowe, ze względu na karmę, którą stosuje się, by podnieść wydajność hodowli. Nie polecałabym też ryb z mórz okolic Japonii, bo mogą świecić (śmiech).

Twoimi pacjentkami są Reni Jusis, Kasia Bujakiewicz, Anna Janko i wiele popularnych postaci. Przychodzą pierwszy raz i zostają, choć przecież leczenie u Ciebie nie jest proste. Wymagasz systematyczności i samodyscypliny….

Większość moich pacjentów stale utrzymuje ze mną kontakt, nawet gdy są już – oni i ich rodziny – zdrowi. Utrzymują ze mną kontakt – mailowo i telefonicznie. To sprzyja budowaniu zdrowej, życzliwej relacji, opartej na wzajemnym zaufaniu. A o szczegóły proszę zapytać sama moich pacjentów..

Z czym najczęściej przychodzą?

Najczęstszymi problemami u dzieci są nawracające zakażenia górnych dróg oddechowych i astma oskrzelowa oraz atopowe zapalenie skóry. Jeśli chodzi o dorosłych tu dominują pacjenci z zespołem IBS (zespołem jelita nadwrażliwego). To jest dolegliwość, którą można wyleczyć tylko naturalnie. I jest też rosnąca grupa pacjentów z chorobami nowotworowymi. Przybywa też pacjentów z chorobami o podłożu autoimmunoagresywnym i cukrzycą insulinoniezależną. Jest też duża grupa byłych alergików.

Czy masz sukcesy?

Utrzymuję z pacjentami stale kontakty, więc wiem, że skuteczność moich terapii jest wysoka. Pacjentów osobiście doglądam i monitoruję w pierwszym miesiącu leczenia. Jednak, jeśli chodzi o pacjentów nowotworowych, mam z nimi kontakt – często, tylko na początku i to nie bezpośrednio, a przez rodziny. Dlatego zabiegam o osobisty i dłuższy kontakt. Jednak istnieją na tym polu duże ograniczenia i chcę to zmienić. W związku z tym, powołałam do życia cykl warsztatów wyjazdowych na Mazurach, gdzie będzie można pracować z takimi pacjentami, bezpośrednio i nauczyć ich nowych i trwałych oraz możliwych do kontynuowania w warunkach domowych, metod samoleczenia.

Czy inspirujesz się teorią pięciu przemian?

Zjawisko pięciu przemian związane jest z filozofią medycyny wschodu, medycyną chińską. Ona zakłada, że człowiek „podzielony” jest na kanały (meridiany) energetyczne. Bardzo nowoczesna koncepcja, zgodna z tym, co wiemy już o fizjologii człowieka w świetle współczesnej medycyny. Energia w nas płynie określonymi kanałami – meridianami, które nie mają struktury morfologicznej. Wszystkie te meridiany, a raczej płynąca nimi energia, wzajemnie na siebie oddziaływują. Prawo pięciu przemian jest pentagramem ukazującym te oddziaływania. Są one logiczne i przewidywalne, można je opisać matematycznie. Prawo pięciu przemian jest także pentagramem samozdrowienia. Każde zakłócenie w swobodnym przepływie energii przekłada się na jakąś dolegliwość, a jeśli trwa dłużej pojawia się choroba. Jeżeli dotyczy ono tylko jednego kanału energetycznego, to po pewnym czasie energia pozostałych kanałów koryguje to zaburzenie i wszystko wraca do normy bez koniecznej interwenci medycznej. Mówimy , że choroba ma charakter samoograniczający się. Dobrym przykładem może być przeziębienie, albo biegunka. Jeżeli jednak dotyczy dwóch lub więcej meridianów, samoistnie nie ustępuje lub przewlekle nawraca. Większość tzw. chorób cywilizacyjnych dotyczy zaburzeń w wielu kanałach. Leczenie powinno stopniowo eliminować zakłócenia w przepływie energii w kolejnych meridianach, tak żeby sprowadzić je do zaburzeń w tylko jednym kanale, które nasz organizm sam potrafi wyeliminować. W praktyce oznacza to równoległą terapię opartą na zastosowaniu ziół, probiotyków, właściwego żywienia, ćwiczeń fizycznych i ewentualnie akupunktury. Leki farmakologiczne stosujemy objawowo jedynie w stanach istotnych klinicznie zaostrzeń i nie przedłużamy ich stosowania poza minimalny okres, w którym objawy ulegną złagodzeniu.

Interesujesz się trochę polityką. Czytujesz prasę prawicową i lubisz dyskutować. Co sądzisz jako lekarz o klauzuli sumienia. Zwłaszcza w kontekście pomysłu stosowania jej także przez farmaceutów?

Każdy człowiek ma prawo wyboru. Jeśli chodzi o leki antykoncepcyjne, odpowiedzialność ponosi lekarz i oczywiście pacjentka, która tych leków żąda – o ile została poinformowana o niepożądanych objawach ubocznych antykoncepcji hormonalnej – a nie farmaceuta. Farmaceuta może oczywiście odmówić sprzedaży tych leków, tyko proszę pamiętać, że on ze sprzedaży leków się utrzymuje. Dopóki antykoncepcja będzie lansowana przez lekarzy i pacjentki odmowa sprzedaży leku przez farmaceutę niewiele zmieni. Byłabym w tej sytuacji ostrożna i zachowawcza. Priorytetem jest osobiste sumienie człowieka. Jak we wszystkim w życiu…

Rozmawiamy w przededniu Twojego kolejnego wyjazdu na Mazury, gdzie przygotowujesz turnusy lecznicze. Jeździsz tam często. Z Warszawy to kawał drogi samochodem. Co Cię tam tak ciągnie i urzeka?

Uroda tych okolic, ptaki, bezkres łąk, cisza, spokój… Nie lubię miasta, odpoczywam od zgiełku, pośpiechu i tempa, które są wokół i ograniczają mi przestrzeń. Moich psom także …

Dziękuję Ci za to spotkanie i wpuszczenie mnie do Twego malowniczego świata i domu…..

Rozmawiała: Joanna Giza

Przedruk za: „Wysokie Obcasy”