Lubię Lubiewo, czyli …nagość w Międzyzdrojach

Wydawałoby się, że nagość to nasze drugie imię. Że jesteśmy z nią oswojeni, a przynajmniej – przeszliśmy na Ty. Że ciało to nasz przyjaciel, albo choć kolega. Nic bardziej mylnego. Bez ciuchów nas nie ma! Podobnie jak bez dokumentów i telefonu komórkowego. Kim jesteśmy w świecie tekstylnych, a kim wśród golasów? Przyjrzyjmy się temu z perspektywy plaży dla naturystów w Międzyzdrojach. Oto garść refleksji neofitki.

Z każdej „lodówki”: z mediów, banerów reklamowych, witryn sklepowych – bez pytania, czy mamy na to ochotę, czy też nie, co rusz wyskakuje metroseksualny golas. Z różnych stron, jak na wojnie, bombardowani jesteśmy nagimi treściami i obrazami oraz rzekomo własnymi, fantazjami seksualnymi. Gdzie nie spojrzeć, nagie, wyretuszowane i zniekształcone przez generatory ideałów, modelowe ciała ludzkie. Czy to już bitwa ubranego z nagim, czy tylko prowokacyjna, nierozstrzygalna przepychanka estetyczno-ideologiczna na temat wyższości zakrytego nad odkrytym, ceremonii żałobnych, nad Misteriami Eleuzyjskimi czy też Bachanaliami? „CRAVE. Użyj go, a ona cię zapragnie” – głosi reklama nowego męskiego zapachu wyprodukowanego przez Calvina Kleina. Przyjrzyjmy się jej, jako jednej z wielu. Pierwsze, co przykuwa uwagę w zdjęciu reklamowym, to odprężona, półleżąca poza modela i jego zdecydowany, patrzący wprost przed siebie, wzrok. Do połowy rozebrany, w pozie oddającej gotowość do erotycznego spotkania, niebieskooki chłopak uwodzi swoim ciałem. Pomieszane w nim delikatność – gładko ogolona twarz, w otoczeniu spadających na ramiona blond włosów, aksamitność twarzy – i pewność siebie wyrażona nie tylko w sugestywnym spojrzeniu, ale i potencjale siły cielesnej, to efekt wypracowany dla osiągnięcia określonego celu. Chłopak z reklamy chce, by jego ciało było pożądane. Stając się obiektem pragnień seksualnych wchodzi w rolę, która jest niekoniecznie normatywnie męska. Smakowite – stwierdziły koleżanki z pracy..

Inicjację publiczną we własną nagość przeżyłam 10 sierpnia. Swoje 39. urodziny postanowiłam uczcić na plaży dla naturystów. Nago, bezceremonialnie, kameralnie i na łonie natury, wśród innych nagusów z lampką niegazowanej wody w dłoni. Sto lat odśpiewały mewy, rybitwy, biedronki i inne owady, morskie fale i lekki wietrzyk oraz grupki niezorientowanych w moim kalendarzu nagich ciał, stanowiły naturalne tło. – To manifest moich nowych, pełnych swobód obywatelskich – pomyślałam rozglądając się wkoło. – Przed czterdziestką zdążę zawrócić z drogi opresyjnej kultury masowej z powrotem do natury, na tyle intensywnie i szczerze, na ile to w moim przypadku i w obecnych realiach, możliwe – pomarzyłam wspominając literaturę starożytnej Grecji i zdejmując manifestacyjnie odzienie. – Ufff, tego było mi dziś trzeba! – poczułam – uwolniona i lekka w otoczeniu niezainteresowanych mną kolonii nagich wysepek porozciąganych leniwie na jasnożółtym piasku ciągnącej się przez 3 km plaży pomiędzy Świnoujściem a Międzyzdrojami, zwanej Lubiewem. Tak, tak. Chodzi o to samo Lubiewo, które opisał w drugiej części swojej gejowskiej sagi Michał Witkowski.

Plaża koedukacyjna po 1000 metrach przechodzi bowiem płynnie w plażę gejowską, podobnie jak przeszła wcześniej z plaży dla tekstylnych, czy sympatyków/czek topless w plażę naturystyczną. Jedynym widocznym znakiem nudyzmu jest bowiem właśnie ciało ludzkie. Żeby jednak dojść do tego drogowskazu, dotrzeć do tej oazy spokoju i wolności, musimy pokonać trudną, wielokilometrową i nader nieprzyjemną trasę przez plażę dla (bez obrazy) normalnych. Przedzieranie się jest już początkiem naszej inicjacji w głęboki humanizm. Musimy bowiem stawić czoła takim niebezpieczeństwom i trudnościom czyhającym po drodze jak: hałas motorówek, pływających bananów, gwar masowo pootwieranych dla wiecznie głodnych plażowiczów wyszynków z kiełbasą, pizzą, frytkami, chipsami i piwem, jazgotliwość podchmielonych dorosłych, szczebiot rozbisurmanionych i niestety, coraz częściej mocno otyłych, dzieci, rozbite kawałki szkła, hałdy śmieci i niedopałków, tłum bezładnie i bezskładnie przelewających się przez plażę gapiów i spacerowiczów, gęste i wielokolorowe zabudowania (i tak już ograniczonej ilością turystów i ich narzędzi do wypoczynku) przestrzeni plażowej (parasolki, dmuchane baseniki, krokodylki, namiociki, koce, parawany, wiklinowe kosze i plastikowe leżaki). Kiedy już po 50.minutach marszu uda nam się bezwypadkowo, kulturalnie i bezstresowo (choć to bodaj największe wyzwanie naszej cywilizacji!) dotrzeć na miejsce, będziemy tak zmęczeni i zdegustowani, że jedynym pragnieniem będzie położyć się nago na rozgrzanym piasku. Z dala od tej głośnej, męczącej, uprzedmiatawiającej, pozbawionej indywidualności, masy. Wśród wyidealizowanej, prywatnej przestrzeni publicznej, w której wszyscy są równi, choć każdy jest różny, wszyscy są sobie bliscy, choć każdy na dystans, w dużej odległości od następnego koca, wszyscy są odkryci, choć nadal tajemniczy.

- To jedyna, sensowna, wiarygodna i coraz bardziej polityczna, platforma obywatelska do jakiej mogę przynależeć i z jaką w pełni się identyfikuję – myślę rozglądając się na boki: tatusiowie z córkami, mamusie w wysokiej ciąży, siostry z braćmi, żony z mężami, grubi i chudzi, piękni i brzydcy, starzy i młodzi. Pełna demokracja, pełny przekrój społeczny, choć wszyscy – inaczej niż na ubranej plaży – spokojni, wyciszeni, skupieni na sobie, kulturalni, kontaktowi, ale nie nachalni, uśmiechnięci, ale nie rechotający głośno, radośni, choć nie pijani, rozmowni, a nie krzykliwi, ciekawi, ale nie ciekawscy… Utopia, ale realna – dzielę się z przyjacielem – ekologiem, Wojtkiem Kłosowskim z Bielska – Białej, z którym przyjechaliśmy do Międzyzdrojów busem ze Szczecina. Ale można wybrać i inną, mniej może stresującą na odcinku plażowym, za to trochę ryzykowną później, drogę i do Lubiewa dotrzeć albo piechotą, wysiadając na stacji PKP i idąc w stronę ośrodka wczasowego „Pomerania” (tuż przed miejscowością Przytór), albo leśną drogą samochodem bądź rowerem. Jednak pamiętajmy, że możemy nie mieć, gdzie postawić naszego środka transportu. Natomiast podróżujące trasą Szczecin – Międzyzdroje – Świnoujście składy kolejowe mają ograniczoną pojemność i pomimo naszych starań, nie w są w stanie o tej porze roku upchnąć w swoich wagonach więcej pasażerów niż przewidziano w najśmielszych szacunkach. Najbezpieczniejszym więc, najpewniejszym, a przy tym najbardziej ekologicznym, środkiem transportu wydaje się wspomniany już bus. Ze Szczecina do centrum Międzyzdrojów dotrzemy nim w niecałe 2 godziny. – To pierwsza plaża naturystyczna, na jakiej byłem i mam bardzo dobre wrażenia, plażowicze w różnym wieku, uprzejmi – opowiadają Jacek i Ewa z Koszalina. – Chętnie tam wrócimy przy kolejnej okazji. Będąc tam w sierpniu zastaliśmy plażę bez tłoku, wcześniej podobno jest więcej ludzi, zwłaszcza więcej Niemców. Plaża jest nieoznakowana, trochę brakuje koszy na śmieci, ale to chyba jedyne braki. – opowiadali inni młodzi turyści z Polski wschodniej. – Byłem na wielu plażach naturystycznych, ale żadna nie dorównuje tej w Międzyzdrojach. – dzieli się refleksjami na portalu naturystycznym Antoni. – Długa na wiele kilometrów, szeroka, z białym piaskiem. Im dalej, tym mniej ludzi, aż do całkowitego pustkowia. Plaża bardzo czysta czego nie można powiedzieć o plaży tekstylnej – kończy wpis.  – Właśnie dziś odwiedziłem z ukochaną tę plażę po raz pierwszy – napisał na forum Robert z Gorzowa. – Przyznam, że nawet nie wiedziałem, gdzie się zaczęła, bo tabliczki nie stwierdziliśmy. Plaża wspaniała: czyściutka, szeroka, piękne wydmy, piaseczek… raj. Naturyści też spokojni – raczej w ukryciu na wydmach, wychylający się tylko podczas drogi do wody. Żadnych podglądaczy, co nas bardzo zdziwiło, a spacerowicze chyba przyzwyczajeni, bo nikt się ostentacyjnie  nie gapił. – Do plaży w Lubiewie można też dojechać samochodem – klaruje Kasia, automobilistka z Gdańska.- Przy wjeździe do Międzyzdrojów należy skręcić w pierwszą ulicę w lewo (ul. Polna). Dojechać do końca, a następnie skręcić również w lewo. Jadąc ok. 3 km po płytach betonowych mijamy kolejne ośrodki wypoczynkowe. Ostatnim z nich jest O.W. SPOŁEM. Za nim znajduje się teren byłego campingu naturystów (teraz jedynie goła, niestety, zaniedbana polana). Po zejściu na plażę znajduje się tablica „Plaża naturystów”. Tuż za nią znajdziemy naszych oczekiwanych golasów . Im dalej się posuwamy, tym mniej tłoczno. I jak na większości polskich plaż nie znajdziemy tutaj ani prysznica, ani toalety ani śmietnika, że o jakimś zapleczu gastronomicznym nie wspomnę. Niemniej warto tam pojechać. Po wielu latach zapomnienia plaża przeżywa swój renesans. Ale zdarzają się też i takie negatywne opinie (o wulgarnych, niekulturalnych, czy niecenzuralnych, od których roi się w Internecie, nie wspominając): Byłem w miejscowości, gdzie od lat jest plaża naturystów – zwierza się Marek. – Gniazdują na wydmach i czekają na idących brzegiem tekstylnych. Wtedy niby od niechcenia idą do wody. Przeważnie podtatusiali panowie z interesikami świadczącymi o zaawansowanym okresie przekwitania. Wyraźnie liczą na efekt. Pani była jedna, w wieku chyba 75 lat – Niemka. W sumie seks-żenada, a nie spontaniczny ruch miłośników natury. Ja tam wolę nie wystawiać na słońce tego, czemu słońce wcale nie służy. – Byłem na kanale za Unieściem, ale niestety pełny zawód, bo kobiet jak na lekarstwo (do tego same starocia), za to pełno starych facetów w parach (czyli geje), więc nawet popatrzeć nie było na co, fuj – dodaje Mikser143. – Mam wrażenie, że nudyści to chorzy psychicznie – opowiada Krystyna.  – Często jeżdżę do Dębek – jest plaża nudystów – ok. Problem tylko w tym, że kiedyś była położona 2 km od głównej plaży. Dziś nudyści „ładują” się pomiędzy tzw. tekstylnych. Chorym człowiekiem jest ten, kto paraduje nago wśród dzieci. Tu nie ma czego promować – trzeba nauczyć naturystów jakiegoś porządku, bo kiedyś to się źle skończy- protestuje.

Temat nagości – czy to w sferze publicznej czy prywatnej, nagości wśród nagusów i obrazów nagich ciał w świecie ubranych, dotyka szeroko pojętych dziedzin kultury. Pomimo uprzedmiotowienia i zawłaszczenia przez kulturę, nagość ludzka, jak i ludzka seksualność, płciowość, cielesność są nadal kategoriami tabu, czy też kwestiami wstydliwości społecznej i kulturowej. Podział współczesnej kultury oraz przestrzeni ludzkiej widać na przykładzie wspomnianej plaży. Multi-public (z ang. miejskie przestrzenie publiczne) coraz częściej – choćby poprzez obrazkowy, erotyczny i „przyjemnościowy” wymiar ( czy to sakralny, polityczny, czy choćby wytwórczy i handlowy) stają się przestrzenią zabawy, pospólstwa, masowości, naskórkowości. Czy to zbliża nas z powrotem do epoki baroku? Tam (po tej stronie) ulokujemy nasze plaże dla tekstylnych. Przywołajmy ponownie dominujący na nich paradygmat konsumpcji, wręcz orgiastycznej, prymitywnej (jak z „Wielkiego żarcia” – kultowego obrazu Marca Ferreri), rozrywki. Ale – o paradoksie – rozrywki ubranej! No chyba, żeby ubranym pozwolić bezpiecznie, z dystansu (trochę jak przez Wilsonowską dziurkę od klucza) podglądać, nie każąc w nim uczestniczyć), życie golasów. Nagość w naturystycznej przestrzeni publicznej stała się dziś (inaczej niż miało to miejsce w epoce starożytnych Greków, za czasów choćby Sokratesa, gdy była elementem kultury i filozofii życia, które z kolei traktowane były jak część nadrzędnej wobec innych dziedzin, polityki) wyrafinowanym i snobistycznym przywilejem elit intelektualnych, zawodowych, ekonomicznych, czy kulturalnych. Nagość pełna, przywodząca na myśl owe greckie idee wolnej myśli, jest dziś subkulturą, funkcjonującą na obrzeżach, podczas gdy tekstylność (jak i masowa rozrywka, czy przyjemność hedonistyczna wynikła z patrzenia) w centrach. A przypomnijmy, że dla starożytnych Greków nagość i seksualność manifestowały wolności obywatelskie i były domeną demokracji, kreatywności i indywidualności zarazem. Nago chodził ten, kto nie miał nic do ukrycia, a więc człowiek wolny. Kto z nas nie ma nic do ukrycia, z chęcią i bez większych kompleksów, się rozbierze w otoczeniu sobie podobnych? Człowiek ubrany zawsze był utożsamiany z człowiekiem dzikim i niecywilizowanym. Dziś zachodnia kultura zbliżyła się do rzymskiego, wulgarnego modelu kultury, który zdetronizował Naturę. Także naturę człowieka. Orgiastyczna rozrywka zmysłów na plaży wydaje się wymysłem starożytnych Rzymian, do których najbliżej współczesnym. Umberto Eco w swoim „Od zabawy do karnawału” stwierdził nawet, że współczesna kultura to nieustająca wszechobecna karnawalizacja, że zmierzamy ku przepaści nieprzerwanej uciechy, do końca – „amused to death”. Dzisiejszym uciekinierom ze świata – nagusom, poszukującym ja na tym jazgotliwym, drobnomieszczańskim, wulgarnym statku pijanym, przewodzą artyści: performerzy, malarze, eksperymentatorzy, instalatorzy, artyści multimedialni związani z ruchem body art’u (object-art’u) w sztuce, Fundacją Galerii Foksal, czy Instytutem Sztuki Wyspa: Grzegorz Klaman, Paweł Althamer („Domek na drzewie”, „Autoportret jako biznesmen”, „Studium natury” ), Artur Żmijewski („Ja i AIDS”, „40 szuflad”, „Berek”), czy Katarzyna Kozyra („Łaźnia”).

Już Sokrates, jeden z największych orędowników wolności i swobody cielesnej w miejscu publicznym, uważał, że seks (szczególnie masturbacja) powinien być sprawą publiczną. Dziś podobnym aktem do Sokratejskiego jest publiczny negliż, choć współczesne miasta są odwrotem od greckiego Polis, a rozrywka straciła wymiar polityczny. Została w większości odarta ze znaczenia i potencjału rewolucyjnego czy konserwującego. Jest tylko zaspokajaniem popędu. Ostatnim zaś przyczółkiem polityczności rozrywki są parady gejowskie. W rozrywkowym aspekcie ruchu gender i queer zagnieździła się i przetrwała polityka okołoagoralna. Miasto neoliberalne, to miasto wymiany kapitałowej, a masturbacja, jak i nagość, są aktami rewolucji i buntu. Wolność może nieść z sobą zarzewie buntu, ale nie przeciwko sobie samej. Przestrzeń publiczna była przestrzenią polityczną i przez jakiś czas przestrzenią społeczną, przestrzenią budowania wspólnoty (te wszystkie ryneczki w małych miasteczkach, place), ale i to jest już passe. Szczególnie w dużych miastach. Weźmy na przykład centra handlowe (chociażby szczecińskie CH Galaxy) – teoretycznie to przestrzeń publiczna i jej cel jest ściśle związany z konsumpcją, zarabianiem i wydawaniem pieniędzy. Ale przecież jest to także przestrzeń, do której uciekają dzieci ze szkoły na wagary, a dorośli przychodzą posiedzieć, porozmawiać, zjeść, pooglądać witryny sklepowe, pokazywać się, rozkoszować się patrzeniem i byciem oglądanym. Przestrzenie, które zwykliśmy uważać za „prawdziwie” publiczne oraz „quasi” publiczne, niczym się nie różnią. A tym, co usensawnia ich istnienie jest coraz bardziej przyjemność. Czy więc plaża jest przestrzenią prywatną, mimo iż w miejscu publicznym, czy może rozkoszy i polityki?

Przestrzeń publiczna jako przestrzeń indywidualnej wolności i politycznego wyzwolenia swobód obywatelskich oraz przestrzeń publiczna jako miejsce rozkoszy i przyjemności konsumpcyjnej to kultura w opozycji do natury. Kultura w ponowoczesnym rozumieniu stała się czymś tak sztucznym, gotowym, obcym, że Ci, którzy kiedyś kulturę uprawiali i do kultury prawdopodobnie tęsknili, dziś świadomie uciekają do natury, gdyż tam coraz bardziej przesuwa się kulturalny (w nowym rozumieniu kultury, jako przestrzeni przenikania postaw, interakcji, kreacji oraz ustawicznego rozwoju osobowościowego, czy też duchowego) punkt ciężkości. Poza tym coraz częściej uciekamy od polityki neoliberalizmu na rzecz polityki nowego komunizmu. Nawet profesor Staniszkis przekonuje, że wszystko dziś już jest post-polityczne, a Sławoj Żiżek i postmarksiści, że zwłaszcza ciało. Kultura, posługująca się okiem, patrzeniem (Derrida), a natura, „mówiąca” językiem dialogu, spotkania Ja – Ty (Buber) to dwa krańce naszego wspólnego świata. Podróż z jednego krańca doświadczenia na drugi może zilustrować omawiana przestrzeń plaży. Współczesny Odys to taki wyzwolony plażowicz, który wyrusza w podróż na drugi koniec plaży, by zrzucić z siebie ograniczającą ruchy i krępującą indywiduum maskę, by się wyzwolić. Innym, krańcowo różnym aktem może być podróż po hipermarkecie, po handlowo-rozrywkowym labiryncie. Tak czyni zapewne szczeciński łazik, który jak literacki Łazik z Tormesu, czy Pikarejczyk wyprawia się do Galaxy – miejsca symbolizującego utopię, przestrzeń idealną, wyabstrahowaną (tu nigdy nie pada, nie jest gorąco, za tłoczno, za duszno – w sam raz) po uciechy zmysłowe.

Co takiego jest w naszej cielesności, że wolimy ją ukryć, że uchodzi za coś wstydliwego, nieczystego, nieestetycznego? Film „Łaźnia” autorstwa Katarzyny Kozyry, rozpoczyna się od przywołania obrazu Ingresa „Łaźnia turecka”, a kończy – obrazem Rembrandta „Zuzanna w kąpieli”. Cytaty te demaskują konwencje aktu ludzkiego, nie tylko kobiecego. Akt jest przedstawieniem ciała idealnego pozbawionego jakichkolwiek elementów ludzkich, takich jak fałdy, zmarszczki, czy nadmierny tłuszczyk. Bycie nagim natomiast oznacza pozbawienie ubrania, a to wiąże się z pewnym zakłopotaniem, które każdy z nas odczuwa w podobnej sytuacji. Akt pozbawiony jest tego kłopotliwego, zawstydzającego podtekstu, daje wyobrażenie ciała pełnego równowagi, pewności i rozkwitu. Akt pokazuje więc wyobrażenie ciała, które ma wywoływać choćby cień erotycznych uczuć. Zacytujmy tu Johna Bergera: „Być nagim oznacza być sobą. Być aktem oznacza być widzianym jako nagi przez innych. (…) Nagość objawia samą siebie. Akt wystawiony jest na pokaz. (…) Akt jest rodzajem stroju”. Ale dzieje się tak tylko, gdy obserwator jest ubrany. Inaczej rzecz ma się wśród podobnie roznegliżowanych – na przykład właśnie na Lubiewskiej plaży. Tu Oko (oglądanie) jest zniesione. Samo jest zdane na obserwację i odbija podobne, choć za każdym razem, różne. Kozyra kwestionuje w ten sposób dualizm: ciało-akt. To samo próbuje uczynić przestrzeń publicznej nagości: plaże dla naturystów, sauny, łaźnie miejskie. Kozyra  porwała się też na coś niemal niemożliwego – spróbowała pokazać nagość, uczynić ją widzialną, możliwą w przestrzeni publicznej zdominowanej przez ubranych, zakrytych. Zarzucono artystce, że naruszyła prywatność sfilmowanych kobiet, a przecież filmowanie miało miejsce w łaźni publicznej. Każe to zastanowić się nad obowiązującymi w powszechnej świadomości podziałami na prywatne i publiczne, nad sensem tego podziału i jego niejednoznacznością. Już instytucja łaźni miejskiej rozmywa tę opozycję. Wykonywane tutaj czynności, związane z dbaniem o czystość ciała, nie pozwalają przebywającej w niej osobie na zachowanie całkowitej prywatności. Cały czas jest ona narażona na spojrzenia innych. Cielesność zostaje więc upubliczniona. A więc łaźnia, podobnie jak i plaża, jest przestrzenią publiczną, choć prywatną, grą skrywanego z odkrywanym. Ale nie jest to jeszcze – tak jak na plaży dla nudystów – przestrzeń bezkompromisowej nagości. Przestrzenią publiczną, ale już bardziej na zasadzie autoprezentacji, jest plaża tekstylna. To tu, to, co prywatne, staje się publiczne, więc trzeba je wyeliminować, ukryć, stłumić. Tam, to, co publiczne, staje się prywatne, więc należy to wyeksponować, pokazać, zamanifestować. W żywej kulturze wszystkie granice są przepuszczalne, przekraczalne. W kulturze współczesnej obraz prywatności prezentowany publicznie jest zawsze konstruowany, choćby przez modę i media. Oznaczać to może to, że „prywatność” jest sztucznym produktem, a obszar publiczny wytwarza obrazy prywatności zgodne z oczekiwaniem odbiorców, dyktuje, co o sferze prywatnej można powiedzieć, co pokazać, a co ukryć. Kozyra świadoma tej manipulacji przekracza tabu narzucone przez sferę publiczną, a więc działa pod prąd, ukazując „nagość”, odsłania te aspekty prywatności, których nie chcemy znać. Podobnie jak działał i myślał Sokrates, podobnie jak działają i myślą nudyści na plaży w Międzyzdrojach. Gdyby wpuścić do Lubiewa przemysł nudystyczny, od razu, wraz z porządkiem ekonomii, kategoriami rynku, na tę plażę weszłyby mechanizmy konsumpcji i sztuczności. Chyba, że handlowcami oraz organizatorami tego przemysłu byliby sami nudyści. Ale czy jest sens kreować w tym celu sztuczną enklawę nagości w postaci minimiasta? Podobnie jak dzieje się już w niektórych stanach USA, Holandii, gdzie tworzy się festiwale, imprezy, całe przemysły, instytucje czy też usługi skierowane do nudystycznego odbiorcy? Jeśli więc tego w Lubiewie na plaży nie ma i jak okiem sięgnąć przez kilkadziesiąt kilometrów nie uświadczysz tam kiosku z lodami, piwem, czy innych (mnie osobiście niepotrzebnych) „atrakcji” , to co to znaczy? Że naturystom to niepotrzebne, czy że rynek nie lubi golizny? Może porządek nagości nie jest porządkiem ekonomii?

Wbrew pozornemu roznegliżowaniu kultury Zachodu nagość w przestrzeni publicznej dla większości z nas nie jest w ogóle możliwa. Wymaga bowiem nie lada odwagi, świadomości „bycia” oraz empatii i wrażliwości. Gdyby można było wchodząc na plażę zaryzykować jakiś podział społeczności ludzkiej na tekstylnych i rozebranych, ubiór oznaczałby posiadanie, nagość (ta plażowa) mogłaby świadczyć o „jestem”. Międzyzdrojska plaża w upalne lato ściąga tak liczną ilość turystów żądnych słoneczno-morskiego wypoczynku, że spokojnie mogłaby stanowić przekrój całego polskiego, czy też nawet światowego (przyjeżdżają tam także Amerykanie, Afrykanie, Europejczycy z Francji, Anglii, Szwecji, Norwegii, Finlandii, Holandii, a zwłaszcza Niemiec) społeczeństwa. Międzyzdroje w sierpniu to świat, wizytówka kultury, probierz współczesnej europejskiej ludzkiej conditio. Jak wypada ona z punktu widzenia naturysty wylegującego się w oddalonej od zgiełku Alei Sław plaży na Lubiewie? A jak z punktu widzenia wciśniętego pomiędzy kolorowe parasolki, parawany, koce, ciała, tekstylnego?

Naturyzm w Polsce stał się modny w latach 80. jeszcze w PRL, gdy władze postanowiły wpuścić trochę erotyzmu w przestrzeń publiczną. Dziś mówi się, że by odciągnąć ludzi od polityki. Jednak negliż w miejscu publicznym długo groził finansowymi i prawnymi restrykcjami, o czym boleśnie przekonał się w 1972. Janusz Głowacki, przyłapany przez milicję obywatelską bez majtek w Chałupach. „Była to starannie przygotowana akcja. Patrol wyczołgał się zza wydm i ruszył w naszą stronę, maskując się gałęziami jak Las Birmański” – wspomina w książce „Z Głowy”. Moda na opalanie się nago pojawiła się wśród Polaków w latach małej stabilizacji za Gierka. Urlop w Bułgarii stał się wtedy osiągalny. W 1977 r. ogłoszono pierwszy zjazd golasów w Chałupach, dodatkowo rozsławionym przez Wodeckiego. Naturystyczny boom przypada na lata 80., gdy stał się symbolem ruchu ekologicznego. Solidarność, mocno związana z Kościołem, była raczej pruderyjna. Inaczej niż Komuna i jej naczelny seksista, Jerzy Urban. 17 lat wolności wcale nie zaowocowało w Polsce jakąś rewolucją obyczajową na wielką skalę, mimo że już w 1986 roku Lubiewo gościło swoje pierwsze wybory Miss Natury. Publiczna nagość wciąż budzi sensację. Wystarczy porównać choćby liczbę pań opalających się topless w Polsce i w innych krajach oraz przywołać ukaranie dwóch sympatyczek opalania się bez staników w Szczecinie. Skąd nasze dylematy i obawy? Mężczyźni, podobnie jak kobiety dopiero „odzyskują swoje ciała„, mówi związana z feminizmem krytyczka sztuki, Iza Kowalczyk. Z drugiej strony, brzuch czy nagość ciężarnej/ rodzącej jest coraz bardziej naturalna. – Na sto małżeństw tylko 43 ogląda nago swego partnera. Na stu synów tylko trzech widzi swego ojca rozebranego. Na sto córek tylko pięć ogląda matkę nago – cytuję sondaż „W polskim domu„, który wykonała w 2008. r. sopocka Pracownia Badań Społecznych. – 92 proc. twierdzi, że w jej/jego domu nie wolno chodzić nawet częściowo nago. Także w bieliźnie nie wypada pokazywać się najbliższym, a już, broń Boże, siadać do stołu. Dopuszczalny jest szlafrok. Największe rygory panują na wsi. Rodzice kryją przed dziećmi także swoją seksualność i seksualność w ogóle. Wstyd przed pokazywaniem własnego ciała rośnie wraz z wiekiem, szczególnie po 45. roku życia – grzmią socjolodzy.. A ja zapraszam do Lubiewa. Za rok, oczywiście, bo już „jesień ….”. Nagość jest  najszybszą i najskuteczniejszą psychoterapią. I nic nie kosztuje.

Joanna Giza